piątek, 18 lipca 2014

Teoremat o zasadzie przewidywalności Katherine

John Green – to nazwisko słyszał chyba każdy nastolatek, który kiedykolwiek miał do czynienia z literaturą młodzieżową, bowiem książki tego charyzmatycznego pisarza z Indianapolis królują na światowych listach bestsellerów. Niedawno, bo na początku czerwca do polskich księgarni trafiła powieść „19 razy Katherine” – już czwarta przetłumaczona na nasz język. A co było pierwszą rzeczą, którą zrobiła Marta po otrzymaniu tej wiadomości? Buty na nogi i marsz do sklepu! Od początku byłam pozytywnie nastawiona, bo Green jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, jednak to, co dostałam w zamian za lekkie braki w portfelu, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

„Jeśli chodzi o dziewczyny, każdy ma swój typ. Typu Colina nie określały cechy fizyczne, lecz lingwistyczne: lubił imię Katherine. Nie Katy, Kat, Kitty czy Cathy, Rynn, Trina, Kay, Kate, lub, broń Boże, Catherine. K-A-T-H-E-R-I-N-E. Do tej pory chodził z dziewiętnastoma dziewczynami. Wszystkie miały na imię Katherine. I wszystkie – co do jednej – go porzuciły.” 

Chłopak, załamany zerwaniem z Katherine XIX i swoją aurą Notorycznego Porzucanego postanawia więc opracować wzór matematyczny, który odpowie mu na pytanie, dlaczego ma niesamowitego pecha do dziewczyn o tym właśnie imieniu. Prace Colina zostają jednak przerwane w momencie, gdy jego najlepszy przyjaciel Hassan, dla którego wszystko, czego nie robi, jest haram*, zabiera go w podróż donikąd, byleby odwrócić uwagę chłopaka od K-19. Plany krzyżuje im dziewczyna. I tym razem nie ma na imię Katherine.
„19 razy Katherine” pod względem fabuły jest dość podobna do „Papierowych Miast” i „Szukając Alaski” – innych książek tego autora. W każdej z nich pojawia się motyw podróży, w każdej spotykamy się z nieszablonową dziewczyną, która miesza głównemu bohaterowi w głowie i doprowadza do nieprzewidywalnych wydarzeń i dziwnych zwrotów akcji, niepozwalających czytelnikowi oderwać się od lektury choćby na chwilę. Coraz częściej jednak zastanawiam się, czy właśnie ten powtarzający się motyw nie jest sporym minusem w twórczości tego znakomitego pisarza. Gdyby głębiej się zastanowić, dostajemy różne przesłania ubrane w te same stroje w różnych kolorach. Debiutancka powieść Greena, o której mowa w tej recenzji, sama w sobie jest jednak bardzo dobra i choć spotkałam się z opiniami, że jest ona najsłabszą pozycją w dorobku pisarza, po przeczytaniu jej byłam mile zaskoczona.

Dostaliśmy jak na tacy wciągającą, złożoną i inteligentną powieść o szukaniu samego siebie i swojego miejsca w świecie. Colin i napotkana przez niego Lindsey, która niestety nie ma na imię Katherine, są swoimi przeciwieństwami – ona, mająca zamiar pozostania do końca życia w swoim małym miasteczku Gutshot, a on z planami osiągnięcia czegoś wielkiego i wyczekiwaniem na możliwość wykrzyknięcia słów „Eureka”. Colin marzy o byciu zapamiętanym i właściwie boi się zapomnienia. Perspektywa zostania „tylko” cudownym dzieckiem przeraża go i doprowadza do dość poważnych kompleksów, co jeszcze bardziej komplikują kolejne rozstania z Katherinami.
Cała książka przepełniona jest humorem, którego głównym źródłem jest przyjaciel Colina, Hassan i, choć żarty są zwykle prymitywne i niezbyt dojrzałe, nie gryzie to podczas czytania, a wręcz czyni je jeszcze przyjemniejszym. Green stworzył dla nas ciekawe postacie, z którymi wielu czytelników może się łatwo utożsamić – niezrozumiany i odstający od reszty Colin, Hassan, próbujący być wesołkiem i utrzymywać się w szkolnej hierarchii jako żartowniś, Lindsey, która udając innych powoli zapomina, kim tak naprawdę jest.
"Nie można kochać ludzi tak bardzo, jak bardzo się za nimi tęskni."

Historia w książce nie jest skomplikowana, ale w te proste słowa autor wplótł cudne przesłanie, nad którym można, a raczej powinno się zastanowić. Wiele osób uważa, że powieść ta jest nieciekawa, porównując ją do reszty w dorobku Johna Greena, ale ja myślę, że właśnie ten ukryty przekaz sprawia, że każdy młody czytelnik na pewno chętnie po nią sięgnie i zapamięta tę lekturę na długo. Książka w subtelny sposób odpowiada na pytanie, czy można żyć przeszłością i czy warto dążyć ku zmienieniu przyszłości.


Powieść godna polecenia dla osób, które szukają luźnej rozrywki z morałem, przy której można się pośmiać, jak i zastanowić nad własnym życiem i swoimi wyborami. Tak jak myślałam na początku – nie zawiodłam się. Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam – ciekawą fabułę i kolorowych bohaterów, a wszystko to zapisane cudownym piórem Greena. Z ogromną chęcią sięgnę po jego następne książki, które, mam nadzieję, wydawnictwo Bukowy Las niedługo wyda :)


"Jeśli człowiek zachowuje się jak kameleon przez całe życie, w końcu nic, co go dotyczy, nie jest już prawdziwe."

*haram - arabskie słówko oznaczające czynności i rzeczy zabronione przez Islam; Hassan był Muzułmaninem.

poniedziałek, 10 lutego 2014

10 luty 2014

     Nie macie pojęcia, jak bardzo człowiekowi może odbić pod wpływem dwójki nieogarniętych przyjaciół trudzących się nad doładowaniem komórki i drażetek śmietankowych.

niedziela, 9 lutego 2014

9 luty 2014

8 luty 2014

     Głupi anonim ma sklerozę, więc nikt nie patrzy na datę nad nazwą posta :3

wtorek, 4 lutego 2014

4 luty 2014 - We ♥ London!

     Pierwszy rozdział książki, jak i zarysy postaci są w trakcie tworzenia. Może tej idei nie odrzucę tak szybko jak poprzednią. Oby! Dzisiaj z braku rzeczy do roboty, gdy już skończyłam uczyć się na biologię, upiekłam babeczki czekoladowe. Wyszły pyszne! Dobrze, już się nie chwalę. Zostałam haniebnie obrzucona kartkówkami, a do tego w sobotę (de facto po balu, który w założeniu ma trwać do 2.00) idę do szkoły odrabiać wolne z maja i siedzę do 15.10. Eh... Ale nie ma co narzekać, bo zrekompensuję sobie to wszystko wyjazdem do Londynu ♥ A może chcecie się dowiedzieć o nim czegoś ciekawego?
• Zazwyczaj pożary wiążą się z ogromnymi stratami, ale nie dla Londynu! Wielki pożar w 1666 roku, który zniszczył większą część miasta przy okazji wytępił panującą zarazę oraz znacznie przyczynił się do rozwoju ówczesnego Londynu. Jak widać Anglicy potrafią czerpać korzyści ze wszystkiego. Ale zaraz, zaraz! 1666? Przypadek?


• Na każdej mapie, plakacie czy reklamówce Londynu pojawiają się trzy symbole: Big Ben, londyński piętrowy autobus i charakterystyczna budka telefoniczna. Wszystkie te elementy stanowią nierozerwalną całość ze stolica Wielkiej Brytanii i choć autobusy jeżdżą już tylko na liniach turystycznych, a budki znikają z racji ekspansji telefonii komórkowej, to te symbole na zawsze będą cechą miasta. No, może jeszcze czarne taksówki i Królowa Matka na przejażdżce odkryta karetą.

• Londyńskie metro jest najstarszym i najbardziej rozbudowanym na świecie. Jego linie mają aż 400 km długości, a obsługuje je 270 stacji. Pierwsza linia ruszyła już w 1890 roku. Dla porównania, Warszawskie metro ma długość 23 km i 21 stacji. Polska i tym razem się nie popisała.

• Zwykle stolica kraju to zarazem jego kulturalne centrum - nie inaczej jest też w przypadku Londynu. W mieście jest ponad 240 muzeów oraz liczne galerie sztuki, w tym znana powszechnie galeria Tate. Odbywają się tu przeróżne festiwale. Do najbardziej znanych należą karnawał Notting Hill, podczas którego na ulice Londynu wyrusza największa w Europie parada.

• Będąc w Londynie, można mieć problemy z komunikacją, nawet jeżeli biegle mówi się po angielsku. Dlaczego? Po prostu mało który Londyńczyk mówi czystą angielszczyzną. Popularny w stolicy jest za to cockney: gwara używana powszechnie, zwłaszcza wśród niższych warstw społecznych. Cockney jest praktycznie niezrozumiały nawet dla rdzennego mieszkańca Anglii.

• Stereotypowy Londyńczyk jest kojarzony zapewne z wielkomiejskim singlem. Rzeczywiście, w tej kwestii stereotypy się potwierdzają. Ponad 1/3 mieszkańców miasta mieszka w pojedynkę, więc może to właśnie w Londynie warto szukać miłości?

• Woda mineralna jest w Londynie bardzo droga - jej cena jest praktycznie taka sama, jak innych napojów typu Coca-Cola.  Do tego, rzadko bywa mineralna, najczęściej jest to woda stołowa. Nieczęsto można też spotkać wodę gazowaną. Gdy prosi się w sklepie o wodę mineralną, otrzyma się niegazowaną wodę stołową. W restauracjach można poprosić o podanie wody z kranu i jest ona bezpłatna.

• Metro w Londynie znane jest jako „the tube”, czyli „rura”, co pierwotnie odnosiło się do najniższych linii metra, z których korzystały pociągi o mniejszym, półokrągłym przekroju, w odróżnieniu do położonych wyżej linii zbudowanych wcześniej i wykorzystujących lokomotywy parowe. Termin ten stosowany jest obecnie jako nazwa całej sieci metra.

• Od zamknięcia stacji Aldwych w 1994 roku dworzec metra jest regularnie wykorzystywany przez producentów filmowych. W nieczynnej stacji nakręcono już sceny do 12 filmów (m.in. “Superman IV”, “V jak vendetta” i “Pokuta”).

♥♥♥

     Mam nadzieję, że ciekawostki się Wam spodobały, i że z większością z nich spotkaliście się po raz pierwszy. W takim wypadku wniosłabym coś nowego. Myślę, że nie zasnęliście z nudów :) A teraz zmykam, bo jutro niestety trzeba wcześnie wstać. Może na koniec napiszecie w komentarzach, jakie jest wasze ulubione miasto, jeśli chodzi o te bardzo znane?

"Jeśli jesteś znudzony Londynem, jesteś znudzony życiem."

poniedziałek, 3 lutego 2014

3 luty 2014 - Podsumowanie miesiąca

   W takim razie czas na małe podsumowanie! Dziś, jak już pisałam, blog ma dokładnie miesiąc. Wiem, że to nie jest jakaś niesamowicie wielka data, aczkolwiek fakt, że nie pominęłam w tym czasie ani jednego posta jest podbudowujący. Mam nadzieję, że luty pójdzie mi równie dobrze jak styczeń (ale o tym, czy notki były w miarę ciekawe, chętnie przeczytam w komentarzach). Dodatkowo, specjalnie na tą okazję zmieniłam szablon bloga. Jest on moim zdaniem ciekawszy i o wiele praktyczniejszy, bo mogę tu swobodnie operować gadżetami, które niestety psuły całość poprzedniego. Nie przedłużając już dłużej... O czym to ja pisałam?

     W piątek, a dokładniej 3 stycznia na blogu pojawił się pierwszy post, w którym nagadałam trochę o sobie. Jednym słowem miał on na celu poznanie Was ze mną i stroną, coś w stylu notki organizacyjnej, ale rozciągniętej na siedem akapitów. 8 stycznia było trochę o Beatlemanii, czyli fani The Beatles vs. Directioners. 9 stycznia mieliście okazję zapoznać się z moim postrzeganiem pojęcia akceptacji, a w międzyczasie przeczytaliście dwie krótkie recenzje filmowe. 12 stycznia natomiast rozważyłam cytat podsunięty przez Anonima (tak, jest nas więcej): "A Ty? Ile masek musisz założyć, żeby ludzie myśleli, że jesteś szczęśliwy?". 14 stycznia opublikowałam fragment mojej pierwszej, nieskończonej pseudo książki, a dzień później część wiersza napotkanego w jednej z moich ulubionych książek "Charlie". Następnie, 16 stycznia przyjaciółce udało się do mnie dotrzeć i w nerwach napisałam okropnie długi wywód na temat mojego życia. Nudny czy nie, człowiek czasem musi powiedzieć, co go męczy. W poście napisanym 18 stycznia mogliście przeczytać troszkę o zmianach w naszym życiu i przyjaźni. 20 stycznia pojawiła się dłuższa notka, w której wygłosiłam swoją opinię na temat społeczeństwa i radości z życia. Dwa dni później przeczytaliście o anoreksji. 23 stycznia byłam zdruzgotana rzezią zwierząt w jednej z japońskich wiosek. 26 stycznia kolejna recenzja filmowa, tym razem pod moje krytyczne oko wpadł "Sierpień w hrabstwie Osage". Pominiemy kolejny dzień, bo oto 28 stycznia został opublikowany prolog mojej drugiej pseudo książki, tym razem trochę mroczniejszy. Następnie na blogu pojawiła się pogadanka o przyszłości i karierze i był to ostatni z dłuższych i ciekawszych postów, gdyż później raczej opisywałam swój dzień i związane z zaistniałymi sytuacjami odczucia.

     Uf... Chyba najdłuższy akapit, jaki kiedykolwiek napisałam! Mam nadzieję, że ta obszerna lista jest choć trochę zrozumiała. Teraz możecie przeczytać interesujące Was posty, które wcześniej umknęły Waszej uwadze. Muszę podziękować moim kochanym stałym Czytelnikom za odwiedzanie bloga. Mimo tego, że nie ma ich zbyt wielu, okropnie się cieszę! Oby przybyło jeszcze więcej. To już koniec, w takim razie do zobaczenia w kolejnym poście!

„Mury istnieją po to, by powstrzymywać ludzi, którzy nie pragną czegoś dostatecznie mocno.”

niedziela, 2 lutego 2014

2 luty 2014 - Co nam w duszy gra?

     I znowu się zaczyna... Jutro szkoła, ferie skończone, ale nie mogę powiedzieć, że nieudane. Czas spędziłam w całkiem przyjemnej atmosferze, po części z rodziną, po - większej - części z przyjaciółmi. Pomimo kilku niezbyt miłych sytuacji było w porządku. Wczoraj ułożyłam ramowy plan pierwszego rozdziału kolejnej pseudo książki, a teraz zastanawiam się nad pociągającym tytułem.

     Znalazłam przed chwilą kilka piosenek Fun'u, których, o zgrozo, jeszcze nie słyszałam i właśnie "delektuję" się (jeśli w ogóle można tak powiedzieć) "We owned the night". Cudna. W moim przypadku, jak również osoby, która jako pierwsza to powiedziała, mogłabym słuchać kawałków Biebera, gdyby tylko śpiewał je Nate ♥ Możecie mówić, że jest brzydki i ma dziwny głos, ale ja tam wiem swoje. Fun według mnie ma genialny styl, jakoś potrafię się w nim odnaleźć, a ich utwory często podnoszą mnie na duchu - "Przynajmniej nie jestem taka smutna jak zwykle byłam*". Muszę w końcu nazbierać na "Aim and Ignite", bo mówię o niej od kilku miesięcy, a jak na razie płyty jak nie było tak nie ma.

The most beautiful smile in the world ♥
      A jeśli już jesteśmy przy muzyce... Co mogę powiedzieć? Każdy słucha innej, o innym, chcącym przekazać coś innego (lub nie) tekście i innej melodii. Najczęściej się z nią utożsamiamy, odnajdujemy w niej cząstkę siebie przekazaną przez artystów. Niektórzy ludzie, w tym moja mama, o której już wspominałam, nie lubią muzyki, wręcz ich ona irytuje. Niestety osoby kochające ten rodzaj sztuki nigdy tego nie pojmą. Mamy tu kolejną niezrozumianą część świata. Ktoś ma ochotę napisać w komentarzu, czego słucha i dlaczego? Chętnie przejrzę odpowiedzi.

     Nareszcie znów wzięłam się za czytanie. Pomińmy fakt, że kupiłam książkę o kocich wojownikach, kimkolwiek są, ale jak już zaczęłam, to skończę te 3 części. Moim problemem jest to, że jak już się zaczytam, to, mimo tego, że wstaję o szóstej, zasypiam o pierwszej, a później nie kontaktuję. Jutro kartkówka z chemii, więc jasny umysł na pewno by się przydał. Teraz codziennie zamiast oddawać się relaksowi, będę uczyć się do kolejnych sprawdzianów. Przynajmniej środa mogła być wolna, tak na odreagowanie. Dobrze, już więcej nie narzekam, bo moja przyjaciółka zaczyna się denerwować.

"Powiedz mi, czy kiedykolwiek chciałeś
kogoś tak bardzo, że to bolało?
Twoje usta próbują mówić,
ale po prostu nie możesz znaleźć słów"

*Tytuł jednej z piosenek Fun'u "At least I'm not sad as I used to be". Zachęcam do słuchania.

sobota, 1 lutego 2014

1 luty 2014 - Pomysły, Nocni Łowcy i rodzinne spotkania

     Za dwa dni blogowi stuknie miesiąc, więc zrobimy na tę okazję małe podsumowanie tego, o czym pisałam. Dziś dzień w biegu: najpierw do Mari, później odwiedziny u kuzyna, w międzyczasie na zakupy. Przynajmniej da się odreagować i trochę poruszać.

     Dzięki ostatnio zaistniałej sytuacji mam kilka fajnych pomysłów do kolejnej pseudo-książki, tak że mam nadzieję, że tym razem nie zabraknie mi weny i napiszę przynajmniej połowę. Podobno większą częścią umiejętności pisarza jest doświadczenie życiowe, aczkolwiek nie sądzę, by moje było specjalnie obszerne. Tak czy tak, nigdy nie mów nigdy, więc może kiedyś zawojuję listę bestsellerów. W marzeniach! Teraz nie schodzę na ich temat, nie martwcie się.

     Będąc u Mari odkryłam, że w 100% jestem Nocnym Łowcą, gdyż za pomocą jednego małego palca (muay thai) zrzuciłam ją z łóżka, a ta prawie udusiła się ze śmiechu. Pomińmy fakt, że mój palec wylądował na jej karku, gdzie ma okropne łaskotki. Jestem Nefilim i kropka. Teraz czuję się taka dumna, może w Londynie Jamie Campbell Bower sam mnie znajdzie i poprosi o zdjęcie, bo też grał Nocnego Łowcę.

     Przy okazji urodzinowego spotkania z rodzinką u kuzyna wywiązała się kłótnia między ciocią a wujkiem o to, czy książki powinny być jednakowe we wszystkich szkołach, czy też nie. Dobre piętnaście minut komedii lepszej niż lecące wtedy kabarety. Dobrze, dziś nagadałam trochę o sobie... Jakoś tak łatwo, kiedy się nie ma tematu. Teraz idę w końcu zabrać się za "Dziewięć żyć Chloe King", które od kilku dni bezczynnie leżą na półce czekając na otwarcie.

Uwielbiam takie "dziwne" zdjęcia :D
"Nie sztu­ka być miłym, kiedy się kocha, lecz kiedy już kochać się przestało."

piątek, 31 stycznia 2014

31 stycznia 2014 - Prawda równa się smutek

     Przepraszam Was bardzo, że ostatnie notki są strasznie krótkie, ale czuję się okropnie i nie mam na to siły. Postaram się od jutra pisać w miarę normalnie, nawet mam pomysł, który może być choć odrobinę obszerny :)

    W prawdzie dzisiejszy dzień powinien być wesoły, bo dwóch członków mojej rodziny obchodzi urodziny, ale niestety... Powinnam wyciągnąć z zaszłej sytuacji pozytywne aspekty i tak też poradziłabym komuś, kto też się w niej znalazł, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to trudne. Muszę się wziąć w garść. Zawsze myślałam, że prawda jest najważniejsza i powinno się z niej cieszyć, jednak dziś mój sposób postrzegania jej jako wartości życiowej diametralnie się zmienił. Jednak mieli rację - boli jak cholera.

Jakoś tak mnie wzięło na Anioły... Tata będzie niezadowolony.
"Nie kłam­stwa, lecz praw­da za­bija nadzieję."

czwartek, 30 stycznia 2014

30 stycznia 2014 - Pustka

     Jestem obecnie w trakcie (Córciu? :P) wymyślania imion do mojej - kolejnej - pseudo książki. Cieszę się ostatnimi dniami ferii. Generalnie nudy w pełnej krasie, aczkolwiek staram się jakoś urozmaicić sobie życie czymkolwiek, co możecie odczytać jako książki, filmy i mojego psa. Poza tym szukałam jakichś prostych tutoriali z Gimp'a, żeby to nauczyć się wykorzystywać go do tworzenia rzeczy, które nie wyglądają jak przypadkowy kłębek kolorowych kresek.

     Ostatnio czuję okropną pustkę, jakby brakowało mi jakiejś nieosiągalnej rzeczy, której na dodatek za nic nie mogę sobie przypomnieć. Nienawidzę takich uczuć, w moim przypadku sprawiają, że nie mogę spokojnie się wyspać i śnią mi się jedynie śmierć i cierpienie. Chciałabym z kimś szczerze porozmawiać, ale jakoś się na to nie zapowiada. Pozostają mi oczywiście Facebook'owe czaty, ale, pomimo tego, że tam zazwyczaj mówi się więcej, nie zastąpią konwersacji na żywo. A przynajmniej mam taką nadzieję.


"W tym cho­ler­nym życiu pot­rzeb­na jest miłość, która męczy, du­si i za­bija... bez niej jest wiel­ka pustka."

środa, 29 stycznia 2014

29 stycznia 2014 - Kariera

     Dziś rano moja mama podjęła, co osobiście mnie zaskoczyło, dosyć ważny temat, a mianowicie "Co chcesz robić w przyszłości, kochanie?". W tym momencie, jak każdy w podobnej sytuacji, zaczęłam się zastanawiać, bo z jednej strony wszystko miałam już obmyślone, a z drugiej większość pomysłów nadawała się do wyrzucenia. Właściwie zostały dwa lata na podjęcie ostatecznej decyzji.

     Wiem tyle, że po skończeniu gimnazjum na pewno wybiorę liceum ogólnokształcące. A co potem? Jest bardzo dużo możliwości, i nad wieloma myślałam. Chociażby bankowiec. Jak się uda - dużo pieniędzy, co w moim przypadku jest potrzebne, zważywszy na moje "wydatki", co przyznała mi nawet moja rodzicielka. Druga opcja: prawo. Całkiem ciekawy (chyba) zawód, ale trzeba skończyć historię, więc odpada. Co dalej? Projektowanie. Powinnam je wymienić jako pierwsze - praca ze snów! Robić to, co się kocha i dobrze na tym wychodzić. Przeszkodą jest to, że jestem totalnym beztalenciem jeżeli chodzi o - konieczne w tym przypadku - rysowanie. W takim razie może dziennikarstwo? To chyba najlepsza idea ze wszystkich, które podałam. Lubię pisać, lubię grzebać w sprawach wszelakich, więc powinno być dobrze. Zatrzymajmy się tu na chwilę...

      Przyjmując, że poszłabym na dziennikarstwo, żeby było tak... "profesjonalnie" przydałby się jakiś drugi kierunek. Filologia angielska? Nie wiem, właściwie to nie orientuję się w tym, jakie są kierunki, tak że jak na razie mogę mówić jedynie ogólnie. Cudownie byłoby sprawnie piąć się po szczeblach kariery do góry, ale do tego potrzebna jest determinacja i siła. Jak wiemy, niektórzy wielcy ludzie zaczynali od przynoszenia kawy i kanapek tym z branży, którzy plasowali się na wyższych szczeblach hierarchii. Można mieć też nadzieję, chociaż niekoniecznie w tym zawodzie (powiedzmy, że modeling) po prostu zauważy nas w tłumie przechadzającym się po najpopularniejszych miastach świata. To jest moim zdaniem niemożliwe, ale cóż, zawsze warto mieć nadzieję marzenia.

     No i znów schodzę na temat marzeń... Ale czyż nie są one piękne? Dają nadzieję, mobilizują, sprawiają, że mamy jakiś cel w życiu, wiemy, do czego dążymy. Może i nie spełniają się automatycznie, ale trzeba coś zrobić w tym kierunku. A nawet jeśli spełniałyby się od razu, życie byłoby niesamowicie nudne. Nie byłoby żadnych przeszkód do pokonania, doświadczenia, które pomaga w dalszym życiu. Przykładowo, ile pracy i wysiłku trzeba włożyć w zbudowanie wymarzonego domu? Dokładnie, bardzo dużo. A gdyby tak pomyśleć: "Chcę piękny dom." i nagle PUF! Budynek stoi przed nami w całej swojej okazałości, z gratisowym Porsche w garażu. W marzenia trzeba po prostu uwierzyć i działać w kierunku ich ziszczenia.


     Mam wrażenie, że w każdym kolejnym poście powtarzam jedno i to samo, muszę to zmienić. Hm... A jakie są Wasze plany na życie?

"Nie trać cza­su na kry­tyko­wanie in­nych, ga­nienie ich dzieł; pra­cuj nad swoim, poświęcaj mu wszys­tkie godzi­ny. Reszta to czcza ga­dani­na al­bo wy­mysł. Trzy­maj się te­go, co w to­bie praw­dzi­we al­bo na­wet „wieczne”."

wtorek, 28 stycznia 2014

28 stycznia 2014 - Pseudo książka nr. 2

     Nicość, powoli przeradzająca się w pomarańczowe światło pochodni niesionej w ręku osoby, której obecność zdradzają nieostrożnie stawiane na kamiennych stopniach kroki. Blask każe jego oczom się otworzyć, choć te, wyczerpane walką starają się bezskutecznie je ignorować, ostatecznie ulegając niemym namowom. Uderzenie w grube, zardzewiałe pręty celi roznosi się echem po pomieszczeniu, przyprawiając głowę o wyniszczający ból. Ciche jęknięcie zostaje zagłuszone przez krzyki strażnika.
     - Klucz! - pojawia się wrzask przeplatany z głośnymi wdechami i wydechami, jak po długim biegu, przywodzącymi na myśl wściekłego psa.
     Nadchodzi człowiek mniejszy, o bardziej przezornych ruchach. W jego dłoni brzęczy pęk kluczy, zręczne palce przekładają nimi w poszukiwaniu sztuki numer 14. Po chwili podają ją strażnikowi, a ten z niepotrzebną siłą otwiera drzwi, ruszając od razu w stronę leżącego w rogu jeńca i ciągnąc go do siebie za przód porwanej, poplamionej krwią koszuli.
     Czuje, jak umięśnione ramiona raz po raz popychają go do przodu. Bose nogi błądzą po lodowatych kamieniach, każdy krok sprawia cierpienie. Nierówny oddech wzbiera w płucach cuchnące śmiercią powietrze.
     Przystaje, ponacinaną ręką dotyka ściany, niezdarnie usiłując się o nią oprzeć. Po upadku należy się podnieść, ale w jego głowie nie rysuje się perspektywa wyjścia z sytuacji. Wbijająca się w plecy pięść nakazuje poruszyć się przed siebie.
     Dłoń na ramieniu, obrót w prawo, marsz. Przed lekko przymkniętymi oczami majaczy obraz ciężkich, drewnianych drzwi. Strażnik odciąga jeńca na bok, a następnie popycha je. Wciąż pospieszany mężczyzna zamiast oczekiwanego nieba widzi schody prowadzące do kolejnych, jeszcze większych wrót. Niech to się wreszcie skończy, błaga w myślach, bo nie umie wydusić z siebie słów. Musi mu się udać, nie może zawieść, ale sam w to nie wierzy.
     Za otwartymi drzwiami dostrzega średniej wielkości pomieszczenie. Ściany zdobią ręcznie robione perskie dywany, w postawionych w każdym kącie doniczkach rosną wysokie ciemnozielone drzewka. Za mahoniowym stolikiem do kawy umiejscowionym w środku pokoju stoi fotel zajmowany przez barczystego, bladego jak ściana człowieka o wrogim, odpychającym wyrazie twarzy.
     Strażnik rzuca na ziemię jeńca, a ten uderza poranionymi rękoma w wypolerowane panele.
     Ból jeszcze bardziej się nasila.
     Ramiona uginają się pod jego ciężarem, z trudem łapie oddech. Nieznajomy mężczyzna wstaje powoli z miękkiego fotela. Porusza się lekko i z gracją, jakby jego stopy nie dotykały podłogi. Odwraca głowę w stronę więźnia tak, by ich oczy mogły się spotkać.
     - Gdzie To jest? - pyta bez wstępów z niekłamaną irytacją.
     Cisza.
     - Gdzie?! - Silne ręce rwą włosy o głębokim odcieniu kasztanu.
     Łza na policzku.
     - Ja... N... nie...
     - Dobrze - nagle głos zmienia się w łagodny, wręcz serdeczny.
     Siwiejący mężczyzna odwraca się do stojącego obok przeszklonego kredensu. Wyciąga przed siebie dłoń, a jedne z drzwiczek otwierają się z cichym zgrzytem, odsłaniając znajdujący się za nimi srebrny sztylet o zdobionej wielkimi rubinami rękojeści. Broń zaczyna sunąć do człowieka w powietrzu, jakby niesiona nieznaną mocą. Starzec bierze ją do ręki i powoli obraca. Blask świecy postawionej na stole lekko odbija się od klingi. Mężczyzna wraca do leżącego na ziemi człowieka i przesuwa palcem po sztylecie.
     - Tylko nasze czyny mają wpływ na przyszłość. Mogłeś postąpić właściwie i wyjawić, gdzie jest Miecz, a tak... Cóż... - Nuta troski? Niemożliwe. - Z twoją przyszłością może być różnie.
    Wdech więźnia. Cisza. Sztylet rozrywa gardło.

●•●•●

     Takie oto efekty mojej dzisiejszej nocnej nudy...


"Kiedy niebezpieczeństwo jest tak wielkie, że śmierć stała się nadzieją,  rozpacz jest brakiem nadziei, że można umrzeć."

poniedziałek, 27 stycznia 2014

27 stycznia 2014 - Wspomnienia więźniów

     Wracam, by znów trochę pomyśleć, popisać. Może wiecie, a raczej tak, bo w mediach o tym głośno, że mamy dziś 69. rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz - Birkenau. W związku z tym, odbyły się w nim uroczystości upamiętniające zamordowanych tam ludzi, a głównymi gośćmi byli ocaleni więźniowie, którzy następnie wygłaszali krótsze czy dłuższe przemowy.

     "69 lat po opuszczeniu piekła,  jesteśmy tu ponownie.", mówi jeden z nich. Dla wielu powrót na teren obozu był zapewne powrotem wielu tragicznych wspomnień. Mimo to, pojawili się tam, by, moim zdaniem, pokazać ludziom, jakie mają szczęście żyjąc teraz, a nie siedemdziesiąt lat wcześniej. Tu po raz kolejny podkreślam, jak nie wdzięczni jesteśmy,  narzekając na to, co mamy.

     Jedna z zaproszonych kobiet opowiedziała o tym, że kiedyś w nocy usłyszała śpiew - pokrzepiający, piękny. Człowiek, który był źródłem tego dźwięku stał za płotem obozu, pośród nieżywych ciał. A ona nie potrafiła się zmusić, by odejść od drzwi i wrócić na pryczę, ryzykując obudzenie się strażniczki. Poczuła na ramieniu dłoń swojej koleżanki, która powiedziała jej, że ta pieśń to modlitwa za zmarłych.


     To smutne, ale niestety prawdziwe, tak jak inne opowieści byłych więźniów. Wokół holokaustu i obozów koncentracyjnych krąży wiele plotek, jak teoria, że nie zamordowank tam 6 milionow Żydów, a znacznie mniej. Jakie to ma jednak znaczenie? Zostali zabici i koniec. Powinniśmy o nich pamiętać i przypominać o tym,  co przeszli.

"Wszystkie historie są prawdziwe."

niedziela, 26 stycznia 2014

26 stycznia 2014 - "Sierpień w hrabstwie Osage"

     Przed chwileczką wróciłam z kina. Byłam z tatą na nowym filmie z oscarową aktorką Meryl Streep w roli głównej, "Sierpień w hrabstwie Osage". Opowiada o zawiłych relacjach rodzinnych, romansach, tajemnicach, które nigdy nie miały zostać odkryte. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun, moją pierwszą myślą było coś w stylu "O kurczę, muszę iść na to do kina!". Mimo wątpliwości mojego taty co do tego, że będzie to kolejny ckliwy dramat, nie zawiodłam się.

     Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła była wręcz fenomenalna gra aktorska Pani Streep, będąca niewątpliwie jedną z najlepszych aktorek. Żaden z filmów z jej udziałem mnie nie znudził,  w tym przypadku było podobnie. Poza tym, nie można pominąć Julii Roberts i reszty aktorów, którzy również dobrze się spisali. W tej produkcji na smutnej uroczystości pogrzebowej wujka spotkało się wiele różnych wybuchowych, jak i spokojnych charakterów. Ich konfrontacja doprowadziła do serii konfliktów. Gdzie spotkamy przewrażliwioną córkę w separacji wyzywającą chorą na raka, nie całkiem sprawną umysłowo matkę-narkomankę od dziwek, niespełnioną siostrę, każdego roku przeprowadzającą do domu nowego "narzeczonego" czy ciotkę ukrywającą przed wszystkimi wstydliwy błąd z przyszłości? Pomimo to, film w smutny, acz chwytliwy sposób ukazuje zachwianą emocjonalnie rodzinę nie potrafiącą dostrzec żadnych pozytywów w innych.

     Myślę,  że każdy przynajmniej raz powinien zobaczyć "Sierpień w hrabstwie Osage", chociażby po to, żeby uświadomić się w tym, że to czyny wpływają na to, jak potoczy się życie. Nie poznamy przyszłości w tym momemcie, ale możemy sprawić, by stała się dla nas najlepszymi momentami spędzonymi z bliskimi. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo kogoś kochamy do czasu, aż ten nie odejdzie. Nie mamy prawa mówić "Nienawidzę ich" bez powodu. Oh, ile razy myślałam tak o rodzicach, mówiłam, że gdy ich zabraknie, nie będę płakać.  Żałuję,  że byłam tak głupia i nie wdzięczna za to, co dla mnie robią i robili od dnia moich narodzin. W dzisiejszych czasach nie potrafimy dostrzec drobnych, a niesamowicie waznych i pięknych gestów,  które czynią wszystko dookoła pełniejszym i bardziej wyraźnym.

     Większość osób za bardzo przejmuje się problemami,  opinią innych... A przecież to nie one są sensem tego wszystkiego. Najpierw lepiej nauczyć się szacunku i zrozumienia, a nie doszukiwać się na siłę wad.

"Małżeństwo i rodzina są tylko i wyłącznie tym, co sami z nich czynimy."